czwartek, 21 marca 2013

7, Powrót

Kochani... Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz bardzo przepraszam za nieobecność na blogu. Nie zapomniałam o nim, ale brakowało ostatnio mi czasu, trzeba było ogarnąć niektóre sprawy, ale jest next ;)
Postaram się już pisać w miarę systematycznie.
Mam nadzieję, że się spodoba ;*



POWRÓT


Stałam przed lustrem. Włosy opadały mi na ramiona, na których była czarna skórzana kurta, a pod nią biała bokserka. Na nogi nałożyłam wcześniej długie dżinsy i trampki. Patrzyłam na swoje odbicie i nie poznawałam tamtej dziewczyny. Wyglądała jak ja, ale to nie byłam ja.
- Gotowa? - zapytał brunet, krocząc w moją stronę. Popatrzyłam na niego. Cały czas byłam zła, przecież potrafiłam o siebie zadbać, a on... On po prostu chciał się mnie pozbyć.
- Och, oczywiście - warknęłam, zabierając plecak z ćwiekami z łóżka i wyszłam na parking. Rodzice siedzieli w swoim srebrnym bmw-u. Tak bardzo nie chciałam wyjeżdżać...
- Mai! - krzyknął Felix i szarpnął mnie delikatnie, odwracając w swoją stronę.
- Co? - zapytałam cicho.
- Przykro mi, że to tak się kończy, ale tak będzie dla ciebie lepiej - przytulił mnie.
- Przykro? Że niby lepiej dla mnie? Pffft, daruj sobie - powiedziałam bez uczuć. Odwróciłam się.
- Uwierz mi. Przepraszam, ale nie widzę innego wyjścia - odparł.
- Ty nie, ale ja tak! - wykrzyczałam i wsiadłam do samochodu rodziców. Nie chcąc z nimi rozmawiać założyłam słuchawki i włączyłam muzykę. Zdążyliśmy wyjechać z miasta, gdy zasnęłam.

- Mai... Mai - usłyszałam łagodny głos matki. Niechętnie otworzyłam oczy.
- To tutaj - odezwał się ojciec.
- Masz kartę - mama podała mi plakietkę - co miesiąc przelejemy ci pieniądze, rachunki będziemy sami płacić za ciebie - powiedziała spokojnie brunetka.
- Weszlibyśmy z tobą, ale...
- Po prostu daj mi klucze i moje walizki - mruknęłam, przerywając mu zapewne wcześniej naszykowany monolog o tym jak bardzo mnie kochają i bla bla bla. Ojciec spełnił moją prośbę i wyjął z bagażnika dużą szarą torbę i średnią czerwoną walizkę.
- Mai, kochamy cię. Pamiętaj o tym - uśmiechnęła się matka. Jedyne co teraz do niej czułam, to złość.
Wzruszyłam ramionami i wysiadłam z samochodu. Rodzice odjechali po zwykłym : trzymaj się.
Stanęłam na wprost szarego, pobazgranego jakimś graffiti blokiem. Rozejrzałam się, okolica dość obskurna, ale może da się tu jakoś przeżyć. W końcu, jestem po jakiejś wojnie gangów więc...
Spojrzałam na kluczyki z karteczką. Napisane było mieszkanie trzynaste, piętro czwarte. No, bo powiedzieć to już nie łaska. Westchnęłam cicho i zarzuciłam torbę na lewe ramię, a na prawe plecak. Do ręki chwyciłam walizkę i ruszyłam w stronę mieszkania. Sapnęłam, może jednak byłoby lepiej przyjąć propozycje ojca.
Skarciłam się w myślach, za to zdanie i otworzyłam mieszkanie. Wpakowałam bagaż do krótkiego holu. Ściany w kolorze bordo, na jednaj z nich mała lampka, natomiast po drugiej stronie, szafa schowana w ścianę, w której powiesiłam od razu kurtkę. Weszłam do kuchni. Okno na wprost wejścia. Było to skromnie urządzone pomieszczenie. Białe szafki z czerwonym blatem całkiem nieźle komponowały się z bladą, pomarańczową ścianą. Rozejrzałam się za sprzętem kuchennym i jedzeniem, tak w razie czego. Wszystko, co było mi potrzebne do dalszej egzystencji z tego pomieszczenia było. Rodzice, bądź brat musieli tutaj urządzić z leksza mieszkanie. To dobrze, bo mnie to ominie.
Ruszyłam do salonu, który był najbliżej. Ściany pokryte drobnymi kamykami, na podłodze rozłożony był czarny dywan, tuż pod nogami czerwonej skórzanej sofy. Na wprost niej stał telewizor, obok wieża i szafka z książkami. W rogu pokoju stał barek. Zajrzałam na niego z nadzieją, że znajdę tam likier, najlepiej adwokat, ale niestety, tu się zawiodłam. Cóż za niespodzianka...
Łazienkę ominęłam i skierowałam się do swojego pokoju, albo może raczej sypialni. Czarne ściany, to najbardziej mi się spodobało w mojej oazie spokoju. W rogu stała gitara. Po środku duże łóżko z fioletową, ciemną pościelą. Na wprost drzwi stało biurko, tuż pod oknem.
Powypakowywałam swoje rzeczy i udałam się do salonu. Włączyłam wiadomości z nadzieją, że usłyszę cokolwiek na temat tamtego dnia, ale nie było ani jednej informacji. Czułam się, jakbym miała ze wszystkim skończyć, ze swoim życiem też. Wstałam z wygodnej sofy i ruszyłam do kuchni.
Mój nowy dom miał swoją duszę, z jednej strony ciemne, ale w jakimś stopniu delikatne. Świetny efekt. Włączyłam radio i wstawiłam wodę na herbatę. Wyjęłam chleb, gdy usłyszałam ciche burczenie dochodzące z brzucha. Z głośników starego sprzętu poleciała piosenka, przy której Shon przyłapał mnie na wygibasach. Mocniej ścisnęłam nóż w dłoni, a łzy powoli zaczęły spływać z oczu. Zaczęłam kroić chleb, przez krople cierpienia, które rozmazywały mi obraz, nie chcący rozcięłam sobie palec. Otarłam dłonią mokre policzki i spojrzałam na rankę. Złość powoli ze mnie uchodziła. Niewiele myśląc, zrobiłam kilka sznytów po wewnętrznej stronie lewej ręki, nawet nie uważałam na żyły. Życie było mi obojętne. Nie chciałam go, jeśli miało w nim brakować blondyna. Spojrzałam na swoje "dzieło", jak krew powoli spływa z mojej ręki brudząc podłogę. Cała się trzęsłam. Sięgnęłam zdrową ręką po jakieś tabletki. Wzięłam ich całą garść i popiłam napojem. Osunęłam się po szafce i zaczęłam wyć. Zaczęło brakować mi sił, jakiejkolwiek wiary, czy nadziei. Oczy naszły mi czernią, a ostatnim co zobaczyłam w swej wyobraźni, był Shon. Przed totalnym odpłynięciem, pamiętam tylko gwizdek zagotowanej wody i trzask.




OCZAMI SHON"A

Co za cham! Jebany dupek! Zabiłbym skurwiela najchętniej!
Byłem wściekły, wkurwiony, miałem ochotę zrobić coś, czego mógłbym kiedyś żałować. Napad na bank? Słabe... Lepiej od razu pojechać na posterunek, to dopiero byłaby zabawa. Mógłbym swobodnie rozładować całą swoją złość. I tak trzeba będzie z psami sprawę załatwić.
Podjechałem swoim czerwonym mustangiem pod obskurny blog. W sumie okolica też nie ciekawa. Pełno narkomanów, alkoholików i jeszcze gorszego ścierwa. Warknąłem pod nosem przekleństwo, po czym wysiadłem z auta. Szybka ocena sytuacji. Trzech dresiarzy, jedna kosa, raczej brak mózgu, same mięśnie, wschodnia ciemna uliczka. Wypatrzyli mnie i.. No proszę, chyba chcą się zaprzyjaźnić.
- Ej, fajna bryka stary - odezwał się najwyższy z całej trójki.
- Ta, wiem - mruknąłem dumnie.
- Wiesz, tutaj nie powinno się takiego cacka zostawiać. Łatwo zakosić - uśmiechnął się inny. Brakowało mu trochę zębów, widok był nie ciekawy, ale nie ruszało mnie to.
- Jakbyś miał wtyki, to byśmy może i przypilnowali ci - powiedział znowu najwyższy.
- Mam wtyki, ale nie potrzebuję niańki dla swojego cacka - warknąłem. Chłopak o najszerszych ramionach wyjął kosę.
- Dawaj kluczyki - zacharczał. Zaśmiałem się w odpowiedzi. Spojrzeli po sobie zdziwieni.
- No proszę, chyba nie jesteście aż tak naiwni, żeby w to uwierzyć - mruknąłem, cały czas się uśmiechając. Mężczyzna rzucił się na mnie z nożem, momentalnie odchyliłem się i złamałem mu rękę, po czym wybiłem kilka zębów. Zdziwieni kompani zaatakowali mnie na raz. Kilka płynnych, szybkich ruchów, parę mocnych, celnych ciosów i wszyscy leżeli na glebie.
- A teraz słuchać frajerzy, jak  tu wrócę, to moje auto ma tu stać, inaczej was pozabijam - warknąłem i splunąłem na najbardziej pyskatego. Szybkim krokiem wszedłem do bloku, dobrze pamiętając numer mieszkania, wbiegłem po schodach. Zadzwoniłem dzwonkiem, ale nic. Przemknęło mi przez myśl, że mieszkanie może być puste, mimo to jeszcze raz zadzwoniłem. Nadal nic. Zapukałem i znowu zero reakcji. Przecież to dobry adres. Przypomniałem sobie rozmowę z informatorem i uznałem, że znajdowałem się we właściwym miejscu. Może jednak nikogo nie było. Chwilę jeszcze stałem pod drzwiami i już miałem wrócić do samochodu, gdy usłyszałem dźwięk gotowanej wody. Przeczekałem ze dwie minuty i postanowiłem wkroczyć do mieszkania. Kopnąłem mocno drzwi, które wleciały do holu. Wbiegłem do kuchni, gdzie ujrzałem ją. Leżała przy szafkach, wyglądała jak ostatnia sierota. Podłoga brudna od krwi, która spływała jej po ręce. Padłem przy niej i zacząłem tamować krwawienie. Była nieprzytomna. Klnąc pod nosem zadzwoniłem na pogotowie z nadzieją, że przeżyje. Po trzech minutach byli na miejscu. Szybko im powiedziałem co i jak, a oni zabrali ją do szpitala. Sam wsiadłem do swojego samochodu i ruszyłem za karetką. Gdy wpadłem do szpitala i spytałem o małą, dostałem polecenie, by poczekać trochę na wieści od lekarza. Po krótkim namyśle postanowiłem jednak tak zrobić. Nie chciałem zagrażać jej życiu, a byłem w stanie wtargnąć nawet na salę operacyjną.
Po dość długim oczekiwaniu podszedł do mnie mężczyzna, na około po czterdziestce, w białym kitlu.
- Dzień dobry, to pan wezwał pogotowie w sprawie tej nastolatki? - zapytał.
- Tak. Co z nią?
- Żyję - odparł spokojnie.
- Mogę się z nią zobaczyć? - ponownie zadałem pytanie.
- Jest nieprzytomna...
- Chcę ją zobaczyć! - warknąłem. Oczy lekarza wyrażały lekki niepokój.
- Dobrze - odpowiedział po chwili. Ruszyliśmy do sali dziewczyny, leżała podłączona do różnej aparatury. Wyglądała spokojnie, jakby spała. Mały aniołek. Lekarz po krótkim wywiadzie pozostawił mnie samego z dziewczyną, która chciała się zabić. Przeze mnie? Przez brata? Głupia! Jak ona mogła... Delikatnie złapałem ją za dłoń. Lewa ręka była zabandażowana, a ona sama blada, jakby cały czas była bliska śmierci. Znowu ogarnęła mnie złość. Siedziałem z nią tak kilka godzin, nim do jej pokoju wszedł Felix.
Brunet stanął w drzwiach i zmierzył mnie wzrokiem, jakby miało mnie to przestraszyć.
- Może wybierzemy się na dach? - zaproponowałem.
- Nie - warknął, dalej stojąc w drzwiach.
- Możemy to załatwić tutaj - odparłem spokojnie, czując jak cały w środku się gotuję. Chłopak patrzył tylko na siostrę. Usiadł obok niej z drugiej strony.
- Głupia - wymamrotał.
- Ty też jesteś głupi. Jak mogłeś wysłać ją do takiej okolicy?! Z początku pierdolisz, że zależy ci na jej bezpieczeństwie, a potem wysyłasz na jakieś zadupie, gdzie bez kosy nie można wyjść! Ją! To oczywiste, że nie dałaby sobie tam rady! - wykrzyczałem wściekły.
- Tam byś jej nie szukał - odpowiedział cały czas wpatrując się w dziewczynę - Nie doszłoby do tego, gdybyś nie wpierdalał się w jej życie. To wszystko to twoja wina. Ty ją w sobie rozkochałeś! Ty nie potrafiłeś i nadal nie potrafisz o nią zadbać! - warczał.
- A ty gnoju potrafisz?! Widzisz jak skończyła?! Byłaby teraz martwa, gdyby nie ja! Już drugi raz. Przez takie towarzystwo wpadłaby w jakieś nałogi! Ona nie jest silna! Nie jest tobą ty debilu! - wściekłość sięgała zenitu.
- Jest moją siostrą, która trzyma stronę mojego wroga. Przez ciebie do tego doszło - wycharczał wstając.
- Gdybyś łaskawie zauważył, to ona była zagubiona przez ciebie! Tylko ty stoisz na drodze, by ze mną była. Odsuń się i wtop w tło! - wykrzyczałem.
Do sali wpadła jakaś pielęgniarka.
- Proszę wyjść - powiedziała patrząc na Felix'a - Bo wezwę ochronę - zagroziła.
-Dobrze - powiedział, odwracając wzrok od młodej - Masz przejebane - dodał, spoglądając na mnie i wyszedł, a za nim pielęgniarka. Skierowałem swój wzrok na dziewczynę, cały czas trzymając ją za rękę.

4 komentarze:

  1. Fajny rozdział. Dla mnie i tak najlepszy jest fragment oczami Shona'a, bo luuubię takich gości ;).
    Pozdrowionka.

    OdpowiedzUsuń
  2. No nareszcie... myślałam, że się nie doczekam^^ Ale rozdział jest :)
    Wspaniała notka :]
    Całe szczęście, że Shon zdążył bo nie wiem czy bym wytrzymała to napięcie! <3
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie :))
    ~Alice

    OdpowiedzUsuń
  3. już myślałam,że zamknęłaś :* pozdro ode mnie :P

    OdpowiedzUsuń